1 maja 2012


czas zdawał się rozciągać, dwoić i troić, zanikać zarazem i istnieć dla samego istnienia. nałożony na głowę kosmos przybierał obrót swoich niebieskich ciał w kierunkach których kopernik nie śmiał marzyć... dotąd miarowe uderzenia serca zwolniły nieco, przenikając rozkosznym bólem klatki piersiowej. pomiędzy komorami odczuć było migotanie kineskopu lumierów, wargi nabrzmiały czerwienią, oczy kolorem morskiej toni z najgłębszych dolin. sine obwódki paznokci pulsowały.
odwrócony w kierunku okna spróbował spojrzeć na drzewa, jednak zobaczył tylko zielone pasy spadających z łoskotem powiek.