Patrzę na krople potu spływające wzdłuż moich nadgarstków.
Wszystko płowieje, linieje i się rozmywa. Całkowita antypasteryzacja brzegów. Hydrolityczne kości śródręcza zaciskają się miarowo, bez żadnych emocji- tak samo neurony, ruchliwe tylko na wietrze, przepuszczają odruchy najwyżej zwierzęce. Zimno, ciepło, trzeba wydalić, brakuje węglowodanych. Naskórek się łuszczy, tynk ścienny odpada. Ściana z czerwonej robi się bladoróżowa, potem przechodzi do bieli. Drewno na ziemi zaczyna uwierać w skarpety, a kubek z herbatą jest zbyt mały, albo zbyt duży, zbyt ciężki, zbyt kruchy. Tętno spowalnia, powieki idą w dół, pompa krwi ustaje, ścięgna w bezruchu.
Zaczynam kapać. Z dużych palców lecą strumyczki źródlanej, czystej wody. Widać w nim małe, cieniutkie kijanki. A potem dłonie się leją, koc zaczyna nasiąkać. Przedramię i korpus. Teraz istnieje już wielki wodospad a w nim ogromne ryby. Z moich oczu są morsy, z uszu lisy polarne. Moje płuca to orki, serce- płetwal błękitny. Jelita- węgorze, a żyły- meduzy. Opadam jak fala i wzbijam się znowu, przesiąkam przez dywan i niszczę panele.
Dzieję się.