Ametystowe niebo pochłania ptaki wszystkich krajów świata. Papugi skrzeczą i płoną. I chmury całego kosmosu strażnice, plamią się na jaskrawo, a potem brunatnie. Ściągają magię z kościołów i małych, kamiennych ołtarzy. A ziema drży i wydaje plony. W pośpiechu są ich miliony, ale wszystkie gniją po kilku sekundach. Drżą na niej lasy i morza spokojne wylewają koryta. Wiatry (ich królowie) uciekły do krainy umarłych. W piekle chowają się małe szczenięta i baśniowe istoty.
Planety pękają jak bańki mydlane, droga mleczna skrzy się i gaśnie, jak neon przy drodze.
Ludzi już nie ma, umarli na zawołanie. Krzyczeli, krzyczeli i zmarli.