Rodzę Wam owoce. Z mojego łona wyrasta pozywienie wasze, z odnóży wylewa się woda, a głowę porastają widoki. Mam nogi z laguny, usta z lazury i oczy z pustyni. Mam Wielkie Kaniony i Wielkie Jeziora, Morza Czarne i Żółte, Może przez Was jest brudne.
Jestem Matką która nosi Was wiecznie w macicy, macicy którą gryziecie i rzygacie do niej plastikiem. Z żył sączycie ropę i dusicie. Golicie mi głowę z widoków i betonem kładziecie.
Jesteście gatunkiem rozmnożonym jak muszki owocówki wrzodem cielesnym. Tylko dzięki ilości chcecie mnie zjeść od środka. Zedrzeć mi skórę od środka i stworzyć nowy organizm, Matkę chcecie spalić od wnętrzności do włosów z mchów i porostów. Aż przyjdzie dzień ewolucji, wybuchu gatunku. Już czuję te gazy wewnętrzne.