21 sierpnia 2011

Czarne kruki ciszy spłynęły spomiędzy konstelacji i osiadły na moich powiekach. Zamknęły je cicho, bezwietrznie, bezszelestnie, gwieździście. Szkarłatną zasłoną odgrodziły wiązki światła od tęczówek, szaro - niebieskich stygnących matryc. W dziobach miały igły i nici, którymi zaszyły wargi. Robiły to tak delikatnie, że krople krwi płynące po brodzie pachniały pieprzem i hibiskusem. Robiły to wolno i skrzydłami głaskały mnie po policzkach, kiedy płakałem myśląc, że to nie pomoże.

A potem sfrunęły na dłonie, gdzie czekały na nich kciuki wyssane do kości podczas nocy kruchych jak szkło. Ujmując paznokcie w swoje szpony odczepiły je subtelnie, jak nikt inny nie potrafi. Ropę wypływającą spod nich wytarły w swoje krucze skrzydła a palce związały taśmami i wikliną.

Wtedy spokojnym i ostatecznym krokiem podeszły pod mostek, gdzie czekała na nich prawdziwa, dwukomorowa uczta.