Szkielet osiowy podwieszony jest na piękno - zdobionych linach. Przymocowany u czubka czaszki zwisa z białego sufitu i lejącym się kształtem wypełnia szwedzko zakrapianą przestrzeń domu. Na kościach obręczy barków siedzą kruki, ale pióra mają śnieżne, dzioby arktyczne i oczy polarne. Do mostka przyczepiony jest stary herb rodzinny - wizerunek jelenia.
Żyłem dwadzieścia lat mając dookoła ocean z miliardem ryb i setką ssaków podwodnych. Żyłem dwadzieścia lat spadając roznosząc się głębinowym ciśnieniem. Żyłem tak patrząc jak smugi światła stają się coraz bardziej wiotkie i elektryczne węgorze zabierają je jedne po drugim. Czekałem na huk dna, każdej sekundy każdą komórką tęskno mi było za końcem otchłani. Czasami uchatki czy lwy morskie grały ze mną w opadanie, ale widząc jak bardzo jestem bezwolnym płakały i w płaczu wypełnione powietrzem unosiły się ku tafli, ku niebu. Spadanie, upadek i cisza stały się codziennością. Komunikacja kolonii orek zanikła już dawno temu.
Zacząłem unosić się bardzo niespodziewanie. Pnie limfatyczne zwolniły i zaczęły drżącym, niepewnym ruchem przesuwać się ku górze. Węzły chłonne, grudki i migdały. Potem aorta, tętnica szyjna i jama osierdzia. Na koniec tarczyca, nadnercza i cały układ dokrewny przyśpieszając przebiły barierę dźwięku. W ekstazie i strachu mijałem gromady sardynek i ryb słonowodnych. Mijałem rodziny meduz i pojedyncze płetwale błękitne. Trwało to wszystko dni siedem. Dni siedem potrzebowałem na wystrzelenie przez taflę Arktyku.
Potem zabrałeś mnie do pięknego domu bez koloru na ścianach. Było tam pełno ptaków i grających pozytywek. Bez mebli, zapachu palonej kawy i niedzielnego stołu. Włożyłeś haki w kość ciemieniową i wciągnąłeś na złotych sznurach tak, abym palcami ledwo muskał białą posadzkę. A potem jadłeś. I jadłeś, a ja pozwoliłem abyś mnie jadł. Tuliłem policzki do kruków i pozwalałem Ci jeść mnie bez przerwy. Wszystkie żyły, oba płuca, całe mięśnie.
A na koniec wyszeptałem
"Jestem wchłonięty"